Generalnie: nie mam ręki do kwiatów…

Na moim stole, w moim domu – miejscu, gdzie spędzam najwięcej miłego czasu, często bywa gościem roślina, którą szczególnie lubię. To KALANCHOE. Spotkałam ten kwiatek kiedyś w supermarkecie i od tej pory trwa nasza niezwykła przyjaźń – szukam Go wzrokiem za każdym razem, gdy robę zakupy, a On odwdzięcza mi się swoją obecnością zawsze wtedy, gdy tego potrzebuję.  Kupowałam już Kalanchoe żółte, czerwone, ale od kilkunastu miesięcy króluje różowe!

Kalanchoe ma drobne kwiatki usytuowane na końcu łodygi. Na jednej łodydze jest ich kilka, kilkanaście. Tworzą wyrównaną płaszczyznę koloru, barwny dywan w przeróżnych odcieniach, w zależności od fazy rozwoju kwiatu. Sam kwiatek to cud natury. Przypomina misterne rozety z rycin Leonarda – matematycznie rozłożone drobne płatki w trzech, czterech warstwach. Albo tybetańskie mandale…

Liście Kalanchoe jakby nie pasowały do delikatnych kwiatków – są duże, silne, mięsiste i sztywne. Połyskują na całej swej powierzchni, wyglądają   na zdrowe i mocne. Gdy się je dotyka, aż skrzypią, nie łatwo je uszkodzić, złamać. Tylko obrzeża mówią o ich delikatności – są drobno postrzępione zaokrągleniami.

Piękna jest ta Kalanchoe! Ale dlaczego minie aż tak uwiodła? Dlaczego spośród wielu roślin to Ona bywa u mnie w domu najczęściej? Dlaczego szukam jej wzrokiem, tęsknię za nią, a kiedy znajduję rozświetla moje życie i serce?

Jej polska nazwa to Żyworódka, ale chyba bardziej odpowiada mi KALANCHOE (wymawiam Ją z francuska, przez „SZ”, tak brzmi dostojniej, szacowniej, lepiej dla mnie ;-))

Bo Kalanchoe przypomina i uosabia mnie, moje życie! Ma silną podstawę liści i delikatny kwiatek tworzący coś pięknego z ich wielu.

Zawsze myślałam o sobie, że charakteryzuje mnie inny, silny kwiat, bo przecież ja jestem ten twardziel życiowy, ta, która brnie przez życie jak taran. Jakże się myliłam! Byłam przekonana, że jestem pojedynczym, samotnym anturium o łodydze bez liści, trwającym w swej samotności, ekstremalnych warunkach. Przewyższającym inne kwiaty swą żywotnością i indywidualnością. Trochę odmieniec, bo egzotyczne jakieś… Takie przekonanie wzbudziło we mnie potrzebę bycia silną w każdych warunkach, gotową do skoku, czy to „na pomoc”, czy „w obronie”. Życie pełne aktywności, przygody, ale w ciągłym napięciu, zmaganiu, walce.

A przecież tak nie jest! To Kalanchoe mi to powiedziało! Pukało do moich drzwi tyle razy, uwodziło, zaglądało, przekonywało: „Jesteś inna! Nie musisz być tylko silna! Jesteś taka jak ja: z wyrazistą podstawą, ale masz delikatność kobiety, jak moje kwiatki. I nie jesteś sama! Żyjesz wśród wielu pięknych kwiatków – ludzi i razem tworzycie coś cudownego! Masz więc prawo sobie odpuścić! Żyć w spokoju i harmonii.”

Teraz to wiem: to PO TO Kalanchoe mnie wybrało, a ja wybrałam Kalanchoe.

Sok z liści Kalanchoe ma właściwości lecznicze. Goi rany, pomaga. I ja czasem czuję, że tej pomocy potrzebuję, ale też ją daję.

I jeszcze jedno: Kalanchoe rozmnaża się wegetatywnie. To znaczy, że organizm potomny powstaje z części organizmu rodzicielskiego i otrzymuje zestaw genów identyczny z organizmem rodzicielskim. I dobrze! Jeśli mój „organizm potomny” ma te same geny, to pewnie podobnie jak ja, kiedyś znajdzie swoje Kalanchoe. W najbardziej odpowiednim momencie swojego życia przekona się jaka jest wspaniała i cudowna. A może już znalazła?!  🙂