Jestem Niebieska – czyli o empatii dla siebie, a odreagowywaniu, tłumieniu, pogrążaniu się w emocjach.

              Wiesz Raabit? Kiedyś ktoś mi powiedział, że jeśli usłyszysz od trzech osób jakiś komunikat o sobie, to zastanów się, bo on faktycznie może być o Tobie, czyli może być prawdziwy.

            Taki właśnie komunikat otrzymałam. Piszę „otrzymałam”, bo teraz traktuję go, jako „dar”, możliwość, która skłoniła do refleksji; gorzej było wtedy…

            A wtedy było tak, że życie jakoś się układało. Miałam przekonanie, że jestem szczęściarą: dobrze płatna, stała praca, sukcesy, nawet międzynarodowe, ustabilizowane już życie rodzinne, co prawda po wielu latach poszukiwań, ale …Nawet dbałość o własny rozwój była: terapie, warsztaty, mądre czasopisma. Tylko od czasu do czasu brała mnie tzw. „ośmiosekundowa depresja” (jak mawia moja koleżanka), a życie wciąż wydawało mi się walką i udręką. Męczyłam się z wieloma sprawami. A to, że ktoś coś o mnie powiedział, że nie miał racji. A to, że ja coś powiedziałam, zrobiłam i miałam rację! Oceniałam czyjeś zachowanie i byłam oceniana. Obwiniałam ludzi i oni mnie obwiniali. Kiedy atakowali przez cynizm lub sarkazm i ja tak atakowałam. Stałam się w tym wszystkim mistrzynią. Grałam w grę „wygrywam albo przegrywam”, i mimo mojego przekonania, że wszystko jest w porządku, bo wszyscy tak robią, to moje życie wyglądało jak wykres EKG. Upadki były częste i bolesne. By tak nie było zaczęłam kontrolować moje życie. Po czasie kontrolowałam już wszystko i wszystkich. Bliskich traktowałam jak dzieci lub bezwiedne istoty, a innym wmawiałam, że jestem nieomylna. Sobie też. I brnęłam dalej. Ból życia stawał się jednak coraz większy.

Wszystko, co robiłam, robiłam dla ludzi. Żeby zasłużyć na ich przychylność, miłość, pochwałę, poklask. Im więcej się starałam, tym częściej oni się ode mnie odsuwali i tym ból był większy. Dlatego zaczęłam uśmierzać ból – czym się dało: pracą, drinkiem, jedzeniem, relacjami, pieniędzmi, zakupami, ciągłymi zmianami, książkami, Internetem, planowaniem, perfekcjonizmem. Wolny czas spędzałam przed komputerem, telewizorem lub z nosem w horrorze albo posępnym kryminale z butelką wina na stole. Szafy pękały w szwach od nadmiaru ubrań lub „niezbędnych” gadżetów domowych, a ja nadal obwiniałam cały świat, że muszę pracować na trzech etatach. Stałam się permanentnie zmęczoną i zajętą sprawami innych osobą. Ale ludziom pokazywałam swoje silne i perfekcyjne oblicze, żeby nie pomyśleli, żeby chcieli, żeby lubili….

Nosiłam maski na przeróżne okazje. Byłam na tyle dobrą i aktorką, że powinnam dostać Oscara za wybitne osiągnięcia! Grałam tak przekonująco, że i ja uwierzyłam, że jestem kimś całkowicie innym. Robiłam to, co robili inni, przejmowałam ich pasje, mody, style, przekonania, byleby się dopasować.

I nic nie rozumiałam! Im więcej się starałam, to gorzej wychodziło. I wtedy ogarniała mnie niemoc, lęk, bo jak to?! Nadal nic nie rozumiem! Tak nie może być, że nie panuję nad tym, nie mam kontroli?! Raz zdarzyło mi się nawet, tak bez widocznej przyczyny, rozpłakać w pracy. Rozpłakać? To był atak paniki, lęku i wstydu… Wiesz Raabit? To nie było miłe…

Całe szczęście, że znalazłam w pobliżu ramiona mojej bliskiej koleżanki. Ja łkałam, ona tuliła. I wtedy zapytała mnie z troską w oczach: „Dlaczego jesteś dla siebie taka surowa?” To był trzeci raz, kiedy ktoś mnie zapytał o to samo.

Zapaliła się czerwona lampka. „Surowa dla samej siebie? Ja? – pomyślałam – Przecież lubię siebie rozpieszczać: wyjazdy, masaże, fryzjer, paznokcie, wyjścia z koleżankami…Co jest grane?” Zaczęłam szukać. Rozwiążę ten problem, jak wszystkie do tej pory. Załatwię, zapakuję w pudełeczko, przewiążę piękną wstążką i odstawię na półeczkę.

Całe szczęście, że Bóg obdarzył mnie determinacją, zmysłem ciekawości i dobrymi ludźmi wokół, bo inaczej moje poszukiwania skończyłyby się załamaniem nerwowym z powodu braku poczytności mojego dopiero, co wydanego kryminału, ucieczką do Szwecji na medytacje z Mistrzem Qi Gong lub zamknięciem się w klasztorze!

Okazało się, że moja wrodzona ciekawość dotyczyła jedynie poznawania wiedzy o świecie, o innych, a nie o sobie. Nie o tym, co czuję. Nauczyłam się nie czuć, bo to kojarzyło mi się z czuciem bólu, pustki we mnie. Brenne Brown, amerykańska badaczka wstydu i wrażliwości, mówi o tym etapie swojego życia „Nie byłam ciekawa tego, co czuję. (…) nie chciałam wiedzieć więcej”.[1] Emocje, to było zakazane słowo w moim słowniku. Wszystkie emocje. Bo tak to jest Raabit, że jak się stawia mur, żeby nie czuć bólu związanego z porzuceniem, brakiem akceptacji, to i czucie miłości, wdzięczności i współczucia przez ten mur też się nie przebije. Tym, czym zajmowałam się przez kilkadziesiąt lat mojego życia nie było wyrażanie emocji, a rozładowywanie ich, pozbywanie się napięcia (przez różnego rodzaju „rozluźniacze”), albo udawanie, że go nie ma (np. wpadanie w wir pracy).

I wtedy Raabit spotkałam na swojej drodze Empatię. Zrozumiałam, czym jest, a czym nie jest. Nie jest współodczuwaniem z innymi, tylko zrozumieniem tego, co czuje drugi człowiek, a między innymi ja.

Zrozumieć, co czuję… Czułam przepełniający ból, pustkę z powodu wstydu, poczucia winy i przekonania, że nie jestem dość dobra. Paradoks Raabit, nie?! Ja, perfekcyjna pani domu, matka dzieciom, zawsze gotowa do pracy, chętna do niesienia pomocy uciśnionym? Tak, bo perfekcjonizm Raabit, „(…) nie jest tym samym, co próby osiągnięcia jak najlepszych rezultatów. Nie dotyczy on dobrych dla nas osiągnięć i rozwoju. Jest to przekonanie, że jeśli będziemy żyć, wyglądać i zachowywać się perfekcyjnie, zmniejszymy do minimum lub nawet unikniemy poczucia winy, bycia osądzanym i wstydu. Jest on tarczą. I to potwornie ciężką tarczą, którą nosimy, myśląc, że nas obroni, choć tak naprawdę trzyma nas przy ziemi.

Perfekcjonizm to nie to samo, co samodoskonalenie. W perfekcjonizmie chodzi o zdobycie akceptacji i poklasku. (…) Zdrowe wysiłki skupiają się na osobie, która je podejmuje i na tym, co może osiągnąć. Perfekcjonizm skupia się na innych i tym, co sobie pomyślą”.[2]

To czuję Raabit! To właśnie zrozumiałam, dzięki Empatii dla samej siebie. I tę ciężką tarczę postanowiłam zdjąć. Jedyne, co muszę, chcę i wybieram, to uznać własne słabości i to, że wszyscy ludzie na świecie doświadczają wstydu, są osądzani i mają poczucie winy. Muszę rozwijać odporność na wstyd i ćwiczyć współczucie dla samej siebie. Bo, kiedy sama siebie potraktuję z większą miłością i współczuciem, zacznę być bardziej odporna i pogodzę się z własną niedoskonałością!

Żeby tak się stało, trzeba wiedzieć, co należy, a czego nie należy robić. Co trenować? O czym pamiętać w codziennym życiu? Kristin Neff twierdzi, że (…) na współczucie sobie składają się trzy elementy:

  1. Łagodne podejście do siebie – zrozumienie i ciepłe podejście do siebie, gdy cierpimy, ponosimy porażki lub czujemy się niewystarczająco dobrzy zamiast prób ignorowania tego lub też torturowania siebie samokrytyką; (zrozumienie tego, co czuję i uświadomienie sobie, jaką piękną potrzebę chcę zaspokoić tym moim zachowaniem? Potrzeba wzrostu? Może do tej pory taki był mój sposób uczenia się na błędach, że karciłam się za ich popełnianie?- przyp. autora)

  2. Poczucie wspólnoty z innymi – dzięki niemu jesteśmy w stanie zrozumieć, że cierpienie i wrażenie, iż nie jesteśmy dostatecznie dobrzy, są częścią ludzkiej kondycji – czymś, co dzielimy z innymi, a nie czymś, co przytrafia się tylko nam; (A przecież każdy ma prawo popełniać błędy i wszyscy je popełniają, bo tak już jest, że dzięki temu człowiek się uczy – przyp. autora)

  3. Uważność – zrównoważone podejście do negatywnych uczuć, tak, by ich nie tłumić, ale też nie wyolbrzymiać.”[3] (w przypadku perfekcjonistów nie powinniśmy za bardzo identyfikować się lub przejaskrawiać naszych uczuć; to nic wielkiego, „koniec świata”, to w końcu nie koniec Świata!)

Krok po kroku zaczęłam przyglądać się sobie, wierzyć w swoją wystarczalność. Z Empatią staję się bardziej wyrozumiała dla siebie. Próbuję nie wyolbrzymiać. Mówię sobie: „No, już, już, już! Dobrze. Nie tupiemy nóżkami J”. Patrzę na ludzi i myślę: „Oni też cierpią, tak jak ja borykają się ze swoim wstydem i poczuciem winy”. I czuję więź.

I wtedy Raabit ogarnia mnie współczucie. Dla nich, dla Świata, dla siebie, jako jego części i wdzięczność, że JESTEM tu. Nie chcę już więcej, nie potrzebuję zakupów, nic mnie nie przeraża, czuję się szczęśliwa i wolna. Zaczynam mówić językiem miłości…

I w tym momencie Raabit … Większość ludzi szeroko otwiera oczy i myśli: „Kosmitka! O czym ona pieprzy?!” I tu znowu paradoks Raabit:, bo ja myślę, że moim kosmitą, „obcym”, moim Avatarem była tamta perfekcjonistka, a teraz będąc niebieskim stworzeniem z planety Pandora (film Davida Camerona) jestem sobą! Autentyczną, wolną kobietą z ogonem, który posiada Sahilu – więź z innymi. Czuję, jak Eyva mnie wypełnia i czuję, że to jest prawdziwe.

W sprzeczności z trzema elementami współczucia stoją: osądzanie siebie, izolacja i nadmierna identyfikacja. Takich cech nie posiada niebieskie plemię Na’vi. Czułość, współczucie, harmonia, uważność, rozwaga, wspólnota, szczerość, miłość i odwaga to ich siła. To, kto jest Avatarem Raabit?

„Istotą wzrastania w siłę po upadku jest integracja. Musimy stanowić spójną całość, żeby żyć całym sercem. Jeśli chcemy pokochać siebie takimi, jakimi jesteśmy, musimy odzyskać tę część siebie, którą osierociliśmy wraz z upływem lat i ponownie się z nią związać. Musimy z powrotem dopuścić do siebie te wszystkie cząstki naszej osobowości, które porzuciliśmy. Carl. Jung określał ten proces mianem indywiduacji, (…) trwającego całe życie projektu stawania się bardziej tą osobą, którą mieliśmy być – taką, jaką chcieli nas widzieć bogowie, a nie rodzice, członkowie naszego plemienia, a zwłaszcza łatwo ulegające zastraszeniu lub nadymające się ego. Przy poszanowaniu tajemnic innych ludzi, indywiduacja karze nam stanąć w obliczu własnej tajemnicy i przyjąć większą odpowiedzialność za to, kim jesteśmy w tej długiej podróży nazwanej życiem”. [4]

I to jest dla mnie teraz wyzwanie: stawanie się sobą i przyznanie, że nie jestem tą osobą, którą – jak sądziłam miałam być zgodnie z oczekiwaniami innych ludzi albo zgodnie z własnymi wyobrażeniami. Jestem niebieska Raabit! „I see you” – jak mówiła Neytiri. Widzę Cię! Widzę mnie… I w tym będę trwać.

I chcę pamiętać, że „integralność to stawianie odwagi przed komfortem, przedkładanie tego, co właściwe, nad to, co zabawne, szybkie i łatwe, to wybór praktykowania wartości zamiast samego ich wyznawania”.[5]

Basi – z wdzięcznością.

[1] Brown B., Rosnąc w siłę. Rozpoznanie. Zmagania. Rewolucja., Wydawnictwo Laurum, Warszawa 2015, s. 135

[2] Brown B., Dary niedoskonałości. Jak przestać się przejmować tym, kim powinniśmy być i zaakceptować to, kim jesteśmy, Media rodzinna, Poznań 2012,s. 81.

[3] Brown B., Dary niedoskonałości. Jak przestać się przejmować tym, kim powinniśmy być i zaakceptować to, kim jesteśmy, Media rodzinna, Poznań 2012,s. 85.

[4] Brown B., Rosnąc w siłę. Rozpoznanie. Zmagania. Rewolucja., Wydawnictwo Laurum, Warszawa 2015, s. 221.

[5] Brown B., Rosnąc w siłę. Rozpoznanie. Zmagania. Rewolucja., Wydawnictwo Laurum, Warszawa 2015, s. 129.