Wybaczanie

Jak to jest z tym wybaczaniem Raabit? Dlaczego czasem nam to wychodzi, a czasem nie? Czemu udaje nam się wybaczyć jednej osobie i relacje z nią stają się znośne, a z drugą mamy wciąż ten sam, nawracający problem? Niby staramy się, pracujemy nad sobą, tylko w sobie widzimy możliwość zmiany tych dyskomfortowych relacji. No i ni cholery nie wychodzi!

My ja lubimy, tę Ulę z pracy, uśmiechamy się, próbujemy słuchać, co mówi. Z dystansem odbierać jej niezdarne wypowiedzi, w których brak jest (niby; -)) oceniania, bo “to tak z troski”. Bo martwi się o nas, „że cera ziemista, że znowu przytyłam, a już tak ładnie schudłam”…

Próbujemy i próbujemy, ale się NIE DA! W pewnym momencie czara goryczy przelewa się i cały misterny plan w…, jak mawiał Killer.

Co jest grane Raabit?

Trying is lying – próbować to tyle, co kłamać. Albo coś zrobisz, albo nie, a kiedy mówisz spróbuję, to albo kręcisz, albo próbujesz wymigać się od odpowiedzialności”[1] – przeczytałam ostatnio w mądrej książce. W mądrej, więc „może warto się zastanowić?” – pomyślałam. Jak to z tym próbowaniem u mnie jest Raabit? Kręcę? Chcę się wymigać od odpowiedzialności???

No jedno i drugie! Ale nie, że z premedytacją, a z braku wiedzy i świadomości – jak zwykle!

Chcę wybaczyć, bo wiem, że wtedy się lepiej żyje. Według moich przekonań wybaczanie jest jednoznaczne z pojednaniem się z TĄ osobą. Może nie koniecznie „na misia” (choć i takie przypadki się zdarzają), ale w sposób mniej wylewny: wybaczam i jednam się z TĄ osobą myśląc o niej już jako o moim, może nie przyjacielu, ale o sojuszniku.

I od razu w mojej głowie pojawia się ulga: wybaczyłam, mam już sojusznika. A sojusznik już zapewne nigdy więcej mnie nie zaatakuje słowami: „Wiesz, dziś czytałam o nowej kuracji odchudzającej – może byś spróbowała? To coś w sam raz dla ciebie!”.

Jestem z siebie zadowolona – potrafię zmienić kogoś zmieniając tylko swoje nastawienie! Obłaskawiłam, ugłaskałam, bez gniewu i walki. Jestem wielka! i…ŁUP!… Znowu to samo. Ja tu z otwartym sercem i po raz kolejny dostaję po głowie. Ulka po tygodniu bez kąśliwych uwag wywala: „W końcu masz sukienkę, w której jest ci do twarzy. Już nic nie chciałam ci mówić, ale te wszystkie poprzednie były fatalne…” „Znawczyni mody” – myślę – i złość gotowa.

Jestem do niczego… Próbowałam wybaczyć, ale nie potrafię…

Gdybym tylko wiedziała wtedy Raabit, że wybaczanie nie jest jednoznaczne z pojednaniem, że to dwie różne rzeczy, byłoby mi łatwiej. Bo, żeby się pojednać trzeba dwóch stron, które wybaczają. Nie jest to transakcja jednostronna. Przebaczenie to rezygnacja z chęci ukarania drugiej osoby w jakiejkolwiek formie ukarania: budzenia w kimś poczucia wstydu, na przykład. I jeśli ta druga osoba nie wyraża chęci zaprzestania tego procederu, nie żałuje, to nie wybacza Tobie Raabit. Dlatego niema mowy o pojednaniu!

Wbij sobie to do głowy, że ONA nie musi tego robić. Bo nie chce, nie potrafi? Nie ważne. Najważniejsze, że Ty Raabit wybaczyłeś i wybaczasz nadal ze świadomością, że NIE MUSISZ się pojednać.

Wtedy piłka jest po naszej stronie. Nie mamy oczekiwań, że nasze wybaczenie wzbudzi u Ulki pokłady miłosierdzia, i że to już będzie koniec z jej strony z ocenianiem i przykręcaniem śrubki. Nie będzie! Wiemy, że nie będzie, ale nas to już nie obchodzi.

[1] W. Osiatyński, „Litacja”, Iskry, Warszawa 2012, s. 117