Toruńskie Pierniki

Opowianie powstało podczas warsztatów z Przemkiem Semczukiem na Toruńskim Festiwalu Książki w 2017 roku.

TORUŃSKIE PIERNIKI

Prawie było słychać, jakby jego nienaturalnie skręcone ciało trzeszczało. Krzywił się z bólu umiejscowionego gdzieś wyżej, ale i z powodu napięcia skóry w pasie. Czuł to. Musi przekręcić biodra, bo inaczej za chwilę miednica przebije go w połowie. Krew zalewała mu usta i nos. Nie wsiąkała w twarde podłoże chodnika przy Dybowskiej. Zaczął się krztusić. „Chryste, za chwilę się utopię!” – pomyślał.

Chciał unieść się na rękach, ale lewy łokieć bolał jak diabli. Z pomocą prawej ręki przeturlał się na plecy, zrzucił lewą nogę z prawej. I pozostał tak, wyglądając jak zepsuta marionetka z lewą stopą na prawej łydce, wygiętym z bólu i uniesionym ramieniem i zalaną krwią twarzą, jakby rozmazanym makijażem na lalczynym licu.

I co jeszcze?!” – pomyślał, – „Co jeszcze spotka mnie w tak pięknym dniu?!”. W oddali zagrzmiało. Ciężka kropla deszczu spadła na jego czoło. „No nie!..”

Jego wózek leżał obok. Przewrócił się, kiedy jeden z Tamtych zrzucał go ciągnąc za frak sportowej kurtki tuż po mocnym ciosie w nos. Upadając musiał wesprzeć się na rękach. Wtedy pewno uszkodził łokieć. Nie przyszło mu wcześniej do głowy, żeby trenować bezpieczne upadki, jak inni podczas ogólnorozwojówki na siłowni. Trenerowi też to do głowy nie przyszło. „Paweł! Przecież nikt niepełnosprawnego z wózka nie zrzuci, to niemożliwe! I to takiego młodego byczka jak ty! No – dojrzałego byczka po trzydziestce.” – mawiał.

Tych dwóch facetów widział już wcześniej, kiedy zastanawiał się na przystanku MZK, czy czekać na autobus. Miał sporo czasu. Przyjechał do Torunia pośpiesznym o 14.52 z Aleksandrowa, a koncert zaczynał się dopiero o 19.00. Co prawda pub Pamela znajdował się daleko, na drugim brzegu Wisły, ale jego, sportowca z krwi i kości odległość nie przerażała. Miał swój własny, niezawodny środek transportu – ręce i duże koła wózka inwalidzkiego. „Z Kujawskiej przez most do Placu Rapackiego. Potem w prawo do Horzycy, przez Odrodzenia do Cinema City, dalej w prawo i już będzie na Legionów. Jakieś 3 – 4 kilometry. Zajmie mi to może z godzinę?” pomyślał – „Dobry trening dla sztangisty!” – dodał – „a i emocje rozładuję…”

Tamci snuli się w okolicy parku naprzeciwko dworca. Zwykłe miejscowe żule. „Pandy” – „Pan da. Pan da 10 groszy!” Twarze, mimo wiosny, mieli już mocno opalone. Wódą. Ich brązowo – bordowa barwa i liczne uszkodzenia powodowały, że byli podobni do siebie. „Kolorowi bracia krwi” – pomyślał. Kątem oka widział, jak przechadzają się nerwowo wchodząc do parku i wychodząc z niego na chodnik Kujawskiej. Kłócili się, jeden drugiemu coś tłumaczył. Paweł słyszał tylko ich pijany bełkot, ale nie to zaprzątało wtedy jego myśli.

Był podekscytowany koncertem. Czekał na to wydarzenie już od jakiegoś czasu. Takiej muzyki nauczył go kochać ojciec. Krzaka słuchał od kołyski, a teraz Czarny Pies i live sesion! Wisienka!

Przez Internet zaplanował szczegółowo podróż pociągiem, kupił bilety na koncert i sprawdził nawet, czy będzie mógł bez przeszkód w nim uczestniczyć. Nie wszędzie jeszcze można wjechać takim środkiem lokomocji, jaki on posiada. Nawet dla takiego wysportowanego i silnego mężczyzny jak on schody, to czasami mur nie do przejścia.

Jego podekscytowanie i radość z samodzielnej wyprawy, która dla każdego innego wydawałaby się zwykłym „wypadem do Toronto na imprę”, nadszarpnęło wcześniej kilka innych zdarzeń.

Na wózek trafił już kilka lat temu, gdy niefortunnie skoczył do wody na letnim wypadzie. Zaakceptował to. Nie było łatwo. Mozolna rehabilitacja, terapia psychologiczna i wsparcie rodziców pozwoliły mu, mimo wszystko, mieć nadzieję. Nie na stojące i chodzące życie, ale na życie szczęśliwe, spełnione, choć z pewnymi ograniczeniami.

I tak właśnie żył. Miał swoje dostosowane mieszkanko (dostane od rodziców), wcale nie nudną pracę przy kompie i marzenia, które systematycznie realizował. To życie toczyło się jednak tam – u niego. W jego mieście, okolicy. TAM wszyscy go znali. Sklepikarz z osiedlowego nawet próg w sklepie z własnej inicjatywy zlikwidował. Ludzie rozmawiali z nim normalnie, nie bali się. Ale gdy tylko opuszczał TAM czuł się, jakby mieszkał w zaczarowanym królestwie, a cała reszta świata spowita była odurzającym mrokiem nieświadomości. Wózek dla nich był wyznacznikiem imbecylizmu, braku możliwości bycia samodzielnym, symbolem oznaczającym: pomóż, wyręcz, zaopiekuj się! Wszystkim bez wyjątku na widok wózka włączała się opcja HELP!

I tak też było tym razem. Poinformował kolej, że pociągiem o 14.25 będzie jechał niepełnosprawny na wózku. Takie są procedury, bo nie każdy skład jest przystosowany do przewozu osób niepełnosprawnych. Jakby ich w ogóle w społeczeństwie nie było! A na całym świecie przyjmuje się, że to 5% ogółu populacji! 5 procent, to na przykład sześćset dwudziestu trzech i osiem dziesiątych mieszkańców Aleksandrowa. I tylu mogłoby każdego dnia korzystać z transportu kolejowego. Ale nie korzystają, bo gdyby chcieli dojeżdżać do pracy musieliby codziennie uprzedzać kolej, a oni specjalnie się przygotowywać. Codziennie! No może mogliby przyjąć dyspozycję na tydzień, ale tylko na tydzień, nie więcej, „bo czy to wiadomo, czy ten niepełnosprawny, aby na pewno do pracy będzie jeździł systematycznie?” – tak skwitowała dywagacje Pawła Pani z Infolinii.

Dlatego Paweł grzecznie uprzedził odpowiednie władze kolejowe, że w dniu 30 maja 2016 roku nastąpi doniosła chwila na dworcu w Aleksandrowie Kujawskim. Szanowny Pan Kawecki wsiądzie do uprzednio przygotowanego wagonu o 14.52 i po siedemnastu kilometrach jazdy wysiądzie w Toruniu Głównym. Uprzedził, że „wysiądzie”, choć paradoksalnie to brzmi, gdy mówi się o osobie jeżdżącej, a nie chodzącej. Mniejsza z tym! Nauczył się już mówić o sobie, jak o „wychodzącym z imprezy”, „wstającym z łóżka”, „stojącym w kolejce”, bo ludziom z tym było łatwiej.

Pani z infolinii PKP była przemiła, internetowy formularz zgłoszeniowy dla osoby niepełnosprawnej podróżującej koleją – profesjonalny. Liczył więc na tak samo miłą i profesjonalną pomoc w podróży. Przeliczył się.

Pośpieszny z Warszawy zaczął wjeżdżać na dworzec kilka minut przed czasem odjazdu. „Jest dobrze. Będzie miał chwilę, żeby wjechać swobodnie do pociągu” – pomyślał.

Wagon z platformom dla osóp niepełnosprawnych znajduje się na tyłach składu i zatrzymuje się w sektorze czecim” – usłyszał z megafonu. Pociąg wjechał na peron, a on sprawdził, czy faktycznie znajdował się w sektorze trzecim? Trzeci! Jak byk! Przed nim stał wagon starej klasy, z niedogodnymi przedziałami, którego wrót na wajchę strzegły jak wojownicy trzy wysokie stopnie z metalowej kraty.

Jak on się tam dostanie?!”- spanikował, gdy wrota otworzyły się. Zobaczył uśmiechniętą twarz części drużyny konduktorskiej, na której malowała się szczera chęć niesienia pomocy nieszczęśnikowi mającemu zamiar zdobyć żelaznego olbrzyma – Jemu!

– Dzień dobry! To pan zamawiał miejsce dla niepełnosprawnego? – zapytał z entuzjazmem młody, cherlawy konduktor. Nie czekając na odpowiedź dodał szybko słodkim falsetem – Mieliśmy podłączyć nowoczesny wagon, ale w ostatniej chwili okazało się, że coś z hydrauliką jest nie tak. Więc wzięliśmy ten stary, ale spodoba się panu! A ja, to po przeszkoleniu jestem i wiem jak pomagać osobom niepełnosprawnym! Wie pan, że te oznaczenia brajlowskie, piktogramy, te rzeczy…

Przerwał i z uwagą przyglądał się rozdziawionej gębie Pawła.

– Rozumie mnie pan? Rozumie mnie pan?! – dodał głośniej i wolniej, artykułując jakby staccato. Paweł obudził się nagle.

– Taaak… – zawiesił głos, by coś dodać, ale usłyszał basowy zaśpiew zza pleców młodego:

– To jaaaak? Wnosimy? Ja pana, ty wózek Gabryś? – Druga część drużyny konduktorskiej w postaci rosłego, leciwego już mężczyzny, któremu włosy rosły wszędzie, tylko nie na głowie, wyłoniła się z pociągu chętna do niesienia pomocy udręczonym.

– Ale, ale ja sam chciałem… – zdołał wydukać Paweł.

– Sam, to możesz pan w tym wypadku wybrać, kto pana wtaszczy do wagonu. – przerwał mu Włochaty. – Ale kolegi nie polecam, bo to jakieś takie… W wojsku nigdy nie był. A ja byłem! I nie takie ciężary na plecach się nosiło, jak worki z piaskiem żeśmy przerzucali pod Włocławkiem w dziewięćdziesiątym siódmym, bo powódź tysiąclecia na Toruń szła. No jedziesz pan, czy zostajesz?

To mówiąc złapał Pawła pod pachy, podrzucił jak lalkę i przerzucił na swój bark. Trochę stękał, bo mimo, że nogi Pawła były nieproporcjonalnie szczupłe, reszta jego ciała ważyła sporo.

Kawecki nie protestował. Był tak zaskoczony sytuacją, że oniemiał. Dopiero, kiedy był już z Włochatym w korytarzu wagonu zaczął krzyczeć do Młodego, który walczył usilnie ze złożeniem wózka.

– Pociągnij za siedzenie! Pociągnij do góry, sam się złoży!. – „O mało nie rozkręcił mi wózka na części…” – pomyślał.

Gdy Włochaty zrzucał go z ramion na miejsce w przedziale, Paweł uderzył głową w półkę na bagaż. Jęknął.

– A! A bagaż posiada? – zapytał konduktor.

– Nie posiada. Tylko wózek. –mruknął rozcierając potylicę.

– A wózek? Wózek jest! – zachichotał Młody dumny z siebie, że w końcu udało mu się profesjonalnie go złożyć.

– No to odjazd! – rzucił zasapany Włochaty – Jest dobrze? No, jak się należy! Przedział pawie pusty. – tu wskazał jedyną współpasażerkę siedzącą pod oknem. – Wygoda, te rzeczy, cud malina! A w Toruniu znowu po pana przyjdziemy, obsługa pierwsza klasa!

– Pierwsza klasa… – powtórzył Paweł prawie szeptem i dodał jeszcze ciszej – Dziękuję. – choć wcale nie był wdzięczny.

Pociąg ruszył, a on pozostał ze swoimi myślami. Wściekły i rozgoryczony. Nigdy nie czuł się tak upokorzony! Jest przecież samodzielny, niezależny, jest człowiekiem, a nie workiem piasku dla powodzian!

– Chce cukierka? – pytanie starszej pani siedzącej pod oknem wyrwało go z letargu.

– Umie mówić? Chce cukierka? – Kobieta trzymała w palcach odwinięta Krówkę. Białe loki podrygiwały na jej głowie z każdym słowem. Wraz z rozmazaną czerwoną pomadką na ustach przypominała Pawłowi jakąś postać… Tak mogłaby wyglądać Marilyn Monroe na starość! „Żeby choć trochę była tak subtelna jak jej pierwowzór…” – pomyślał i odwrócił głowę.

– Nie umie mówić. Biedaczek. Tak przez los pokrzywdzony. Łzy się same do oczu cisną. Ach… – Marilyn westchnęła i zaczęła ssać Krówkę.

– A może kawałeczek? Może nie gryzie? To ja odłamię! No! Dobre! – oderwała kawałek nadessanego cukierka i zbliżyła dłoń w kierunku Pawła. – No! Za mamusię!

Tego Paweł nie wytrzymał.

– Zdziwi się pani, ale umiem mówić! I jestem do cholery już dawno dorosły! A mamusia mi pieluch nie zmienia! Sam szczam do kibla już od ponad trzydziestu lat własnoręcznie trzymając mojego wielkiego fiuta!

Marilyn cofnęła rękę i skuliła się pod oknem.

– Czy to od razu trzeba tak krzyczeć? I takim niewychowanym być? Miła chciałam być dla kaleki… – mruknęła cicho.

Paweł zacisnął zęby. Zamknął też oczy. „Czarny Pies, Czarny Pies…” – powtarzał w myślach dla uspokojenia przywołując solówkę Leszka Windera na gitarze.

Marilyn nie odzywała się do końca podróży. Paweł też, choć drużyna konduktorska, która stawiła się przed wjazdem na Dworzec Główny w Toruniu zagadywała do niego ochoczo i po przyjacielsku.

Młody chciał go jeszcze odwieść na główną halę, ale Paweł ze stanowczością odmówił. Wiedział, że sobie poradzi. Dworzec w Toruniu był po remoncie, był przystosowany. Ta myśl przynosiła ulgę, choć nie równoważyła wściekłości spowodowanej bezradnością i ludzkimi ograniczeniami – głupotą po prostu!

Tak zagniewany wjechał na przystanek MZK na Kujawskiej. Postanowił dla rozładowania emocji i z powodu dużej ilości czasu przejechać się „na pieszo” do centrum, a potem do Pameli.

Nie pomyślał wtedy, że ci dwaj opaleni, „kolorowi bracia” z parku obok mogą stanowić dla niego zagrożenie. Dojechał do zbiegu Kujawskiej i Dybowskiej, kiedy zagrodzili mu drogę.

– Dawaj szmal! – żachnął się jeden z nich stojąc w pozycji do bicia z pięściami uniesionymi na wysokości swoich oczu. Gdy przed nimi nie zobaczył jednak przeciwnika skonfundowany spuścił wzrok i pięści. Przytrzymał dziwaczną gardę przestępując z nogi na nogę.

Pawła rozśmieszyła ta sytuacja.

– No co ty? Człowieka na wózku będziesz… – nie dokończył. Cios w twarz był mocny jak na cherlawego, zmęczonego życiem żula. Zupełnie zaskoczył Pawła.

Tym bardziej zaskoczyło go to, co stało się zaraz potem, bo ten mniejszy błyskawicznie chwycił Pawła za frak i zrzucił z wózka. Upadł na chodnik odchodzącej w bok uliczki. Któryś odpiął mu saszetkę z pasa mocnym szarpnięciem i tyle ich było widać.

Trwało to kilka sekund. A że ulica była ruchliwa, kilkoro świadków pobicia przejeżdżających lub parkujących na pobliskim parkingu podbiegło po chwili do Pawła.

– Wszystko widziałem! Uciekli w stronę Podgórza! – krzyknął elegancik z Mercedesa.

Deszcz zaczynał padać coraz intensywniej. Zebrany tłumek postanowił, że trzeba schronić się pod drzewo. Pawłowi było wszystko jedno. Prócz bólu fizycznego miotała nim złość, rozgoryczenie, rozczarowanie, bezsilność, niemoc…

Elegancik, wraz z energiczną kobietą po czterdziestce wykrzykującą komendy „Dzwońcie na Policję, po karetkę!”, „Rozejdźcie się, udzielę mu pierwszej pomocy!”, chwycił Pawła pod pachy z zamiarem posadzenia na wózku, który wcześniej ktoś pozbierał z chodnika.

Paweł wył z bólu, ale Energiczna krzyczała głośniej:

– Bliżej! Jeszcze trochę! Bliżej z tym wózkiem! Nie widzi pan, że nie utrzymam go dłużej?!

Udało się. Rzucili chłopaka na siedzenie jego pojazdu. Wrócili go na miejsce. Postawili na nogi. „Będzie dobrze!” – zadowoleni pomocnicy przesunęli zakrwawionego Pawła pod drzewo i otoczyli szczelnym wianuszkiem.

– Dobrze się pan czuje? Jak tak można? Żeby niepełnosprawnego tak potraktować? – zapytała Energiczna.

– To bydlęta jakieś! – krzyczeli inni – Zezwierzęcenie!

– Nie ma już świętości na tym świecie… – podsumowała starsza pani wznosząc oczy ku niebu. – Biedactwo… – dodała.

Kurwa! Ja pierdolę!” – pomyślał Paweł – „Co za szajs?”

-Wypierdalać. – wyszeptał – Wypierdalać! – powtórzył głośniej – Nie słyszeliście? Wypierrrrrdalać z stąd!!!

Elegancika, Uduchowioną i całą resztę zatkało. Zapadła grobowa cisza, tylko Energiczna stwierdziła stanowczo:

– On jest w szoku. Tak, na pewno jest w szoku. – i nadal komenderując dodała – Odejdźmy proszę państwa. Zostawmy go. O! właśnie przyjechała Policja! – i pobiegła do nadjeżdżającego radiowozu.

Paweł kipiał ze złości.

-Wypierdalać wszyscy!!! – krzyczał bez ustanku i wymachiwał zdrową ręką umazaną krwią z nosa. Uderzył nią bezwiednie podchodzącego do niego młodego policjanta.

– I ty wypierdalaj! – Policjant stanął w pozycji obronnej.

Drugi z radiowozu rozmawiał ze świadkami. Starał się zabezpieczyć miejsce zdarzenia przesuwając tłum, by zrobił miejsce dla właśnie nadjeżdżającej karetki pogotowia.

Świadkowie przekrzykiwali się, wskazywali kierunek, w którym oddalili się napastnicy, toczyli znak koła przy czole – Ześwirował biedak – mówili z politowaniem.

Paweł leżał już w karetce. Był opatrywany. Przestał krzyczeć.

-Ałł! Boli… – wystękał, gdy jeden z sanitariuszy ucisnął mu ramię.

-Najprawdopodobniej złamanie z przemieszczeniem. Unieruchomić – zwrócił się do kolegi, a sam zajął się twarzą Pawła. Zaświecił mu w oczy, spojrzał w nie, ale na niego nie patrzył. Nie słuchał, nie widział…

Kawecki znowu poczuł się nikim. „Na litość boską, czy ja istnieję? Czy ja jestem? Kim ja jestem, czym jestem? Dla Młodego, Włochatego, Marilyn, Elegancika, Energicznej i innych? Czy ja w ogóle JESTEM???” – pomyślał całkowicie zrezygnowany. Przyszło mu do głowy, że nawet i on jest takim samym ignorantem, jak oni wszyscy. Przecież w sytuacji zagrożenia posłużył się swoją niepełnosprawnością – „Niepełnosprawnego na wózku nie uderzycie!” Był nawet gorszy niż oni, przytaczając taki argument. Bardziej litował się nad sobą, jak ta cała plejada „pożal się Boże” samarytaninów… Jedno wielkie zakłamane gówno!

I wtedy go olśniło! Był ktoś, kto potraktował go normalnie, jak zwykłego człowieka. A właściwie, to BYLI. Napastnicy! Te żule toruńskie, brązowe na twarzy, jak pierniki! Ha, ha! „Toruńskie pierniki!” – pomyślał – „To taka normalna napaść, bez uprzedzeń i zbędnego rozczulania się. To ci dopiero paradoks!”

Cichy do tej pory pacjent zaczął rechotać na noszach karetki. Ratownicy zdezorientowani przyglądali się dygocącemu ciału chłopaka podejrzewając drgawki pourazowe? To może być uraz mózgu?

Paweł ryknął wreszcie głośnym śmiechem. Śmiał się i płakał. Wszyscy świadkowie zdarzenia włącznie z policjantami ucichli zwracając się w stronę karetki. Ujrzeli zapłakanego, pokiereszowanego chłopaka z ręką na temblaku, który znowu wymachiwał zdrową ręką i krzyczał w przerwach głośnego śmiechu:

– Dziękuję chłopaki! Ha, ha! Dziękuję cholerne Toruńskie Pierniki!

Już wiedział, że JEST. Już wiedział, że ta podróż, to najlepsze, co mu się mogło w życiu przytrafić. To spełnienie jego najważniejszego marzenia: być normalnym.

Sanitariusze zamknęli karetkę.

– Potrzebna konsultacja psychiatryczna. Powiadomcie lekarza dyżurnego – nadali przez radio i ruszyli na sygnale.

Deszcz przestał padać.

Burza ominęła Toruń.